Sobota, 04.04.2026
Polska
...
kalkulator
Główna » Artykuły » Moje artykuły

Polskie dzieci z emigracji nie wrócą
Polskie dzieci z emigracji nie wrócą
Demografowie szacują, że nowa polska emigracja liczy blisko 2,5 mln osób. Ze spisu powszechnego z roku 2011 wynika, że emigrantów w wieku 15-19 lat jest 64,8 tys., w wieku 20-24 lat jest 179,8 tys., a w wieku 25-29 lat 382,8 tys. Liczebność kolejnych grup wiekowych jest następująca: 30-34 lata – 343,4 tys., 35-39 lat – 221, 40-44 lata – 152,3 tys., 45-49 lat – 134,3 tys., 50-54 lata – 123 tys., 55-59 lat – 87,1 tys., 60-64 lata – 44,9 tys., 65-69 lat – 18,3 tys., 70-74 lata – 14,4 tys., 75-79 lat – 10,6 tys., 80-84 lata – 7,4 tys. i powyżej 85 lat – 6,3 tys.

W roku 2009 zagranicą urodziło się 25 tys. polskich dzieci, które zostały zarejestrowane w polskich urzędach stanu cywilnego. W roku 2010 takich dzieci urodziło się 30 tys., w roku 2011 – 33 tys., i w roku 2012 również 33 tys. Faktyczna liczba polskich dzieci urodzonych na emigracji jest wyższa, gdyż rodzice rejestrują te dzieci w polskich urzędach stanu cywilnego dopiero, gdy chcą dziecku wyrobić polski paszport lub dowód osobisty.

Polskie emigrantki decydują się na rodzenie dzieci, gdyż w krajach osiedlenia otrzymują znacznie większą, niż w Polsce pomoc socjalną. Obejmuje ona zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych, łatwy dostęp do żłobków i przedszkoli oraz znacznie wyższe niż w Polsce zasiłki na wychowanie dzieci.

Dzieci naszych emigrantów chodzą do szkół w krajach osiedlenia. Tam asymilują się ze środowiskiem swoich rówieśników, które staje się dla nich naturalnym środowiskiem życia, a Polska jest jedynie krajem pochodzenia ich rodziców.


Problemy związane z powrotem do Polski z emigracji - Zielona Linia


Polscy emigranci wst

Polskie mamy nieszczęśliwe na emigracji?


Nie każdy potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, z daleka od rodziny, przyjaciół. Z samotnością boryka się wielu emigrantów, również młodych mam, których mężowie całymi dniami przebywają w pracy. Brak wsparcia bliskich nam osób, z którymi można podzielić się problemami codziennego życia, wywołuje uczucie pustki, a nowe przyjaźnie nie jest łatwo nam tutaj nawiązać. Ale czy tak musi być?

Nawet jeśli poznamy kogoś z kim moglibyśmy się zaprzyjaźnić, często na drodze staje brak czasu i spora odległość. Niewątpliwie przeprowadzkę do innego kraju można zaliczyć do najbardziej stresujących sytuacji w życiu człowieka.


Jak w pułapce


Kasia mieszka w Londynie z mężem i córką Martą. -Tesknię za rodziną, za Polską, za znajomymi z dawnych lat. Często myślę o powrocie, ale Marta, nasza córka, w ubiegłym roku rozpoczęła tutaj szkołę, a mąż ma dobrą pracę. Często kłócimy się z Bartkiem, bo on nie rozumie, dlaczego ja narzekam.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest nam źle, ale z drugiej strony czuję, że życie ucieka mi przez palce, a ja niczego nie osiągnęłam. Tuż po studiach wyjechałam z Bartkiem do Anglii, nigdy nie pracowałam. Urodziłam córkę i głównie jej się poświęciłam. Nie żałuję, że wyszłam za Bartka, ani tego, że zostałam mamą, ale być może w Polsce inaczej ułożylibyśmy sobie życie, pracowałabym, a rodzice pomagaliby mi przy Marcie.

Pewnie uśmiech częściej gościłby na mojej twarzy. Jest mi smutno, bo muszę tutaj siedzieć i nie mam wyjścia. Na co mi były te studia, skoro nawet nie miałam szansy rozwijać się zawodowo? Wyjechałam i już nie ma drogi odwrotu, za bardzo już zapuściliśmy tutaj swoje korzenie. Czasem odnoszę wrażenie, że wpadłam w pułapkę – podsumowuje smutnym głosem.


Bariera językowa i kulturowa

Przeważnie największym problemem Polaków po przyjeździe do Wielkiej Brytanii jest bariera językowa.  Brak znajomości języka potęguje uczucie samotności i uniemożliwia poznanie obcej kultury. Basia mieszka w Londynie od 3 lat i jak przyznaje, do tej pory nie nauczyła się języka angielskiego.

Aby ułatwić sobie życie, po przyjeździe szukała wszystkiego, co polskie - zakupy robiła głównie w polskim sklepie, korzystała z usług polskiej krawcowej, chodziła tylko do polskiej fryzjerki i obowiązkowo, w każdą niedzielę na mszę do polskiej parafii. Nie ma w tym nic złego, ale jak sama mówi, zamknęła się na kulturę angielską, co uniemożliwiło jej integrację.                                                                                                                         

– Chciałam mieć namiastkę Polski, jednak nie zdawałam sobie sprawy z tego, że zamiast skupić się na tym, co dzieje się wokół mnie, żyję tym, co dzieje się w Polsce. Nie mam żadnych znajomych wśród Anglików, nawet nie potrafiłabym się z nimi porozumieć. Najgorsze dla mnie jest to, że nie jestem w stanie pomóc mojemu synowi w odrabianiu lekcji. Mój mąż słabo zna język angielski, bo pracuje na budowie głównie z Polakami, ale gdyby zaszła taka potrzeba, jakoś się dogada. Problem na tym polega, że Waldek pracuje od rana do późnego wieczora, więc  muszę polegać na sobie, a bez znajomości języka bywa ciężko.

Odnoszę wrażenie, że przespałam ostatnie 3 lata. Chyba czas to zmienić, jeśli nie dla siebie samej, to chociaż dla syna. Celowo unikam wywiadówek w szkole Michasia, bo nie mogłabym się dogadać z nauczycielami. Nie chcę jednak, żeby nasz syn wstydził się mamy. Magda mieszka z mężem i dwójką dzieci w okolicach Manchesteru. Chociaż jest gościnna, nie przepada, gdy mąż zaprasza do domu swoich angielskich znajomych.                                                               

- Mąż czasem zaprasza do nas swojego szefa z żoną. To są bardzo mili ludzie, ale każde spotkanie wygląda tak samo. Krzątam się po kuchni, podaję potrawy do stołu, jemy, a gdy Dave, szef męża opowiada kawały, wszyscy się z nich śmieją tylko nie ja, bo ich nie rozumiem. Mąż musi mi wszysto tłumaczyć, a to mnie krępuje. Niestety, nie nauczyłam się angielskiego, za bardzo jestem pochłonięta dziećmi, domem, mężem. Skoro mąż jest jedynym żywicielem rodziny, staram się stworzyć mu prawdziwe ognisko domowe, a przy małych dzieciach zawsze jest dużo pracy – mówi Magda.

Gdy rutyna staje się nie do zniesienia


Bogna mieszka w Anglii zalewie od 5 miesięcy i już ma dość. - Jestem mamą małego dziecka. Całymi dniami siedzimy w bardzo ciasnym mieszkanku, jedyne co robimy, to wychodzimy na spacery do pobliskiego parku, ale też pod warunkiem, że nie pada deszcz. Nie mam tu żadnych znajomych, nie mam kogo odwiedzać. Każdy dzień jest taki sam - sprzątanie, gotowanie, prasowanie. Nie mam w ogóle chwili dla siebie, a czasem chciałabym się wyciszyć. Czuję się okropnie samotna – żali się dziewczyna. Mąż Bogny jest kucharzem, wychodzi do pracy wcześnie rano i często wraca nawet w nocy.           

- Wiem, że on stara się zarobić jak najwięcej, żeby nam w przyszłości dobrze się żyło, dlatego pracuje na kilku etatach, ale czasem myślę, że wolałabym żyć w biedzie i być szczęśliwa. 

Darek ma przynajmniej znajomych w pracy, ma z kim pogadać, a ja nie mam do kogo się odezwać. Zrobiłam się o męża zazdrosna, nawet nie chodzi o inne kobiety, ale o sam fakt, że gdy rano wychodzi do pracy, może zostawić za zamkniętymi drzwiami problemy życia codziennego. Wszystko mnie przytłacza, jestem zmęczona, nie mam w ogóle energii, a każdy dzień widzę w szarych kolorach – opowiada o swoim pobycie na Wyspach Bogna.


Warto skorzystać z pomocy babci       

                                                                                          
Często nie mogłybyśmy powrócić do pracy, gdyby nie pomoc naszej mamy. Niedawno przekonała się o tym pani Hania. - W Anglii mieszkamy od 4 lat, mamy dwóch synów w wieku 8 i 10 lat, mąż pracuje na cały etat w bankowści. Chłopcy świetnie się zaaklimatyzowali, lubią swoją szkołę.

Początki jednak nie były łatwe, przeszłam nawet załamanie nerwowe. Chciałam wracać do Polski, czułam się tutaj obco, nie miałam żadnych znajomych. W Polsce pracowałam w zawodzie księgowej, a tutaj mogłam jedynie pomarzyć o takiej pracy – przynajmniej tak mi się wydawało – opowiada Hania. - Wzięłam się jednak w garść i najpierw korespondencyjnie ukończyłam kurs języka angielskiego, a później, gdy moja mama przeszła na emeryturę, poprosiłam ją o pomoc i kiedy przyjechała, zaczęłam rozglądać się za jakąś pracą dla siebie.

Zdawałam sobie sprawę z tego, że bez doświadczenia na tutejszym rynku pracy, ciężko mi będzie wystartować z górnej półki, dlatego zaczynałam od sprzątania biur, później ktoś mnie polecił do pracy na recepcji, a parę miesięcy temu w tej samej firmie awansowałam na asystentkę działu finansowego. Mogę śmiało powiedzieć, że od kiedy zaczęłam pracować moje nastawienie do życia na emigracji bardzo się zmieniło – nawet zaczęło mi się tutaj podobać. Gdyby nie pomoc mojej mamy, nadal siedziałabym w domu – mówi z entuzjazmem w głosie Hania.

Po przyjeździe na Wyspy często – zwłaszcza młodym matkom -  wydaje się, że kończy się bezpowrotnie czas wyjść „na plotki” do sąsiadki, spotkań z przyjaciółmi, a życie „kręci się” jedynie wokół dziecka i domu. Ogarnia nas apatia i czujemy się samotne. Jak pokazały historie tych kobiet – wystarczy tylko chcieć, a zmiany w swoim życiu wprowadzać stanowczo, aczkolwiek systematycznie. Zacznijmy od nauki języka angielskiego, zapiszmy się na ciekawy kurs czy fitness  – może właśnie tam czeka na nas grono nowych przyjaciół...


Alicja Borkowska

Polscy emigranci wstydzą się mówić po polsku; zabraniają też tego swoim dzieci

Obrazili się na polską politykę. Nie mają czasu. Nie widzą potrzeby. Planują przyszłość gdzie indziej. Jest wiele powodów, dla których emigranci rezygnują z nauki dzieci języka polskiego. Niektórzy nawet karzą pociechy za używanie języka przodków.

"Wierz we mnie" zamiast "uwierz mi", "tymi rzeczmi" zamiast "tymi rzeczami" albo "pofutbolujmy" zamiast "pograjmy w piłkę". Takich zwrotów używają polskie dzieci po zaledwie 2-3 latach na emigracji. Wystarczy kilkanaście miesięcy w obcojęzycznej szkole, by język polski stał się dla nich drugim językiem. Kiedy dziecko zaczyna myśleć po angielsku, francusku czy szwedzku, w komunikacji z rodzicami tłumaczy zwroty zasłyszane w "pierwszym" języku na polski. Stąd dziwaczne konstrukcje gramatyczne, neologizmy i zapożyczone z języka dominującego i związki frazeologiczne, które po polsku nie mają sensu. Bez pomocy po kilku kolejnych latach dziecko może nawet całkowicie utracić zdolność do porozumiewania się w języku przodków.

"Polski? A po co?"

Dziesiątki tysięcy rodziców dzieci w wieku szkolnym, którzy w ostatnich latach wyemigrowali z Polski do różnych państw europejskich, nie widzi potrzeby nauczania swoich pociech polskiego. Wielu uważa, że na emigracji najważniejszy jest język nowego kraju.

- Polacy przyjeżdżający do Norwegii często rezygnują z nauczania dzieci języka polskiego, stawiając norweski na pierwszym miejscu - mówi dyrektor Polskiej Szkoły Sobotniej w Bergen Magdalena Ihnatowicz. - Próbują na siłę wtopić się w nowe środowisko nawet do tego stopnia, że w domu mówią do dziecka po norwesku! Na propozycję nauki w polskiej szkole sobotniej odpowiadają: "a po co, przecież umie mówić, wystarczy!".

Zdaniem Magdaleny Ihnatowicz rodzice nie zdają sobie sprawy, że robią dzieciom krzywdę. Dobra znajomość języka ojczystego jest konieczna do nauki języka obcego. Wiedzą o tym twórcy norweskiego systemu edukacji mający duże doświadczenie w nauczaniu dzieci, dla których językiem ojczystym jest język inny niż wykładowy. W norweskiej szkole dzieci emigrantów mają prawo do bezpłatnej nauki języka ojczystego w wymiarze dwóch godzin tygodniowo. Wszystko po to, by… szybciej opanować norweski.

Mama tłumaczy rozmowy

Agnieszka Joergensen mieszka w Danii od 16 lat, tam wraz z mężem Duńczykiem wychowuje dzieci. Ojciec uczy dzieci duńskiego, a ona polskiego. Przez jeden wieczór ona czyta na dobranoc po polsku, przez drugi w domu słychać duńskie bajki.

- Dzieci emigrantów mają w Polsce rodziny: babcie, dziadków, ciotki, kuzynów. Zdarza się, że podczas wizyt w rodzinnym kraju to matka służy im za tłumacza! Komiczna sytuacja - mówi Agnieszka. - Dodatkowy język dla dziecka to zaleta, a nie wada. Dla rodzica zaś to nie musi być ciężka praca, by zadbać o naukę polskiego. Potrzeba głównie chęci. Od urodzenia dzieci mówię do nich wyłącznie po polsku i jestem z tego dumna. W żadnej sytuacji nie wstydzę się swojego języka, wstyd by mi było raczej zwracać się do nich po duńsku.

Polski wstyd

Motywy zaniechania nauki polskiego są różne – od braku czasu aż po… przekonania polityczne. Dla niewielkiej grupy decyzja o wyłączeniu nauki polskiego z edukacji jest przemyślana i świadoma. Nie chcą wracać do Polski i życzą dziecku przyszłości w nowym kraju. Niektórzy tłumaczą to rozczarowaniem ojczyzną. Większości zaś brakuje czasu oraz wiedzy o konsekwencjach takiej postawy. Nie wiedzą, że w wieku 15-20 lat ich dziecko nie będzie w stanie napisać poprawnie zdania po polsku, czytać książek, ani swobodnie rozmawiać z rodakami. Zaniedbanie zamknie im też wiele interesujących dróg kariery.

Wszędzie tam, gdzie mieszka wielu Polaków – w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Norwegii, na Islandii – potrzeba dwujęzycznych lekarzy, prawników, policjantów, celników, polityków czy urzędników miejskich. Niektóre z tych zawodów są szeroko otwarte dla osób z miejscowym paszportem i „obcym” pochodzeniem. Dzieci emigrantów z ich wyjątkowymi zdolnościami językowymi oraz osadzeniem w dwóch kulturach są na wagę złota.

Tymczasem wielu polskich rodziców wciąż wstydzi się rozmawiać z dziećmi po polsku w przestrzeni publicznej. Przechodzą na język miejscowy na prośbę otoczenia („nie rozumiem, co mówicie”), aby uniknąć kłopotliwych sytuacji, bądź na wyraźną prośbę dziecka („nie mów do mnie po polsku, bo koledzy się ze mnie śmieją”).

Wulgaryzmy i nietrafione rady

Pedagog Sylwia Gołębiewska od kilku lat mieszka w Irlandii, pracuje w Polskiej Szkole w Dundalk. Ze smutkiem obserwuje skutki błędnych decyzji dorosłych odbijające się na dzieciach. Zdarza się jej pracować z maluchami, które drogo zapłaciły za eksperymenty edukacyjne rodziców.

- Niekiedy to nauczyciele w szkołach irlandzkich oraz różni pseudospecjaliści namawiają rodziców, by zaprzestali rozmawiania z dziećmi po polsku w domu – mówi. – Niesłusznie argumentują, że przyspieszy to naukę angielskiego. W rodzinach dochodzi do absurdalnych sytuacji – załamuje się normalna komunikacja, wkracza wiele negatywnych emocji i frustracji. Pracowałam z dziećmi, u których diagnozowano zaburzenia emocjonalne i nadpobudliwość. Potem okazywało się, że częścią problemu był domowy zakaz porozumiewania się po polsku, a nawet kary za używanie ojczystego języka.

Sylwia Gołębiewska nie raz na prośbę irlandzkich psychologów pomagała przekonać polskich rodziców, by nie zabraniali dzieciom używania języka ojczystego. W takich sytuacjach tłumaczy, że dzieciom łatwiej jest się otworzyć, mówić o emocjach i kłopotach po polsku. I jeszcze, że pociechom dzieci emigrantów potrzeba aktywnej nauki. Polskie rozmowy w domu, często pełne wulgaryzmów, skrótów, powtórzeń, to za mało, by być Polakiem.

Kto ty jesteś?

Istnieje wiele sposobów na dbanie o rozwój języka polskiego u dzieci na emigracji. Wspólne czytanie po polsku, regularne ćwiczenia pisma, dzięki którym dziecko opanuje choćby podstawy polskiej ortografii, rozmowy, w których wtrącane przed dziecko słowa obcojęzyczne rodzic od razu tłumaczy na polski. Na pewno pomogą lekcje w polskich szkołach sobotnich. I jeszcze świadomość konsekwencji naszych decyzji.

- Niektórzy polscy rodzice mają przekonanie, że do kraju nie wrócą – mówi Sylwia Gołębiewska. – Ich polski błaga o litość, lokalny język też znają słabo i nie chcą się uczyć. Mają problemy z tożsamością narodową i przynależnością. Chcę im powiedzieć, że powinni mieć świadomość, iż pozbawiają swoje dzieci przyszłości. Dzieci płacą za nasze decyzje i choć to jedno jesteśmy im winni – pokazać, kim są.

Na pytanie „kto ty jesteś”, dzieci emigrantów odpowiedzą sobie jako dorośli. Czy będziemy z ich decyzji zadowoleni, czy nie, nie powinniśmy przeszkadzać w procesie kształtowania świadomości. Możemy w nim jednak pomóc.








Kategoria: Moje artykuły | Dodał: vg (06.28.2013)
Wyświetleń: 454 | Rating: 0.0/0
Liczba wszystkich komentarzy: 0
Imię *:
Email *:
Kod *:
Copyright MyCorp © 2026
Stwórz bezpłatną stronę www za pomocą uCoz