  Naprotechnologia - nowy głos w leczeniu bezpłodności
Technologia Naturalnej Prokreacji (Natural Procreative Technology), w Polsce popularnie zwana naprotechnologią, jest jak dotąd najskuteczniejszą metodą walki z bezpłodnością. To odpowiedź środowisk chrześcijańskich na bardzo agresywną politykę pro-invitro, godzącą w godność istoty ludzkiej i jej ochronę już od momentu poczęcia. Twórcą naprotechnologii jest Amerykanin, Thomas Hilgers, członek Papieskiej Akademii Życia - wspierany osobiście przez Ojca Świętego, Jana Pawła II, a później także przez jego następcę: papieża Benedykta XVI. W 1968 roku, jako młody lekarz, Hilgers odnalazł w encyklice Pawła VI „Humanae Vitae” inspirację do poświęcenia życia badaniom nad problemem bezpłodności i regulowaniem ludzkiej rozrodczości w sposób zgodny z nauką Kościoła Katolickiego:
„Pragniemy teraz zwrócić się ze słowami zachęty do ludzi nauki, którzy <<wiele mogą oddać usług dobru małżeństwa i rodziny oraz spokojowi sumień, jeśli przez wspólny wkład swych badań będą się gorliwie starać wszechstronnie wyjaśnić różne warunki sprzyjające właściwemu regulowaniu ludzkiej rozrodczości>>. Przede wszystkim tego należy pragnąć, aby - zgodnie z życzeniem wyrażonym już przez Piusa XII - medycyna zdołała wypracować wystarczająco pewną metodę poprawnej moralnie regulacji poczęć, opartej na uwzględnianiu naturalnego rytmu płodności. W ten sposób ludzie nauki, a w szczególności uczeni katoliccy, wykażą ze swej strony, iż rzeczy mają się tak, jak Kościół naucza, że mianowicie <<nie może być rzeczywistej sprzeczności między boskimi prawami dotyczącymi z jednej strony przekazywania życia, a z drugiej pielęgnowania prawdziwej miłości małżeńskiej>>”.
[Paweł VI, encyklika "Humanae Vitae", rozdział 24]
W 1976 roku Hilgers rozpoczął swój program badawczy na Uniwersytecie Saint Louis, kładąc tym samym podwaliny pod tzw. "Creighton Model System", pomagający parom ustalić przyczyny ich bezpłodności i skierować jednego z małżonków na odpowiednie leczenie. W 1978 roku w Stanach Zjednoczonych odbyły się pierwsze szkolenia, mające upowszechnić wiedzę o tej nowej dziedzinie nauki. W roku 1985, dzięki staraniom między innymi Jana Pawła II, wspierającego Hilgersa zarówno modlitwą jak i środkami pieniężnymi, otwarto w Omaha Instytut Pawła VI. Jest to ośrodek całkowicie poświęcony badaniom nad naprotechnologią, gdzie pary leczą swoją bezpłodność i przy pełnej opiece medycznej wspólnie przeżywają czas między poczęciem dziecka a pierwszym rokiem jego życia. W 1991 roku, po wielu latach badań, powstała pierwsza książka będąca medycznym wprowadzeniem do naprotechnologii, a kilka lat później pierwszy podręcznik dla przyszłych instruktorów metody "Creighton Model System" (w skrócie CrMS).
A zatem czym jest naprotechnologia i jak to działa?
Naprotechnologia to nowa dziedzina medycyny poświęcona zdrowiu kobiety i w pełni współpracująca z jej cyklem płodności. Pomaga monitorować i oceniać zdrowie ginekologiczne kobiety. Według naprotechnologii bezpłodność to nie choroba. To objaw ukrytych nieprawidłowości zdrowotnych, często nakładających się na siebie, które trzeba rozpoznać i w miarę możliwości jak najszybciej wyleczyć.
Naprotechnologia pomaga zdiagnozować i rozwiązać takie dolegliwości kobiece, jak:
- zespół napięcia przedmiesiączkowego, - nieregularne cykle, - problemy hormonalne, - zapalenie szyjki macicy, - polipy szyjki macicy, - torbiele jajnikowe, - zespół niepękającego pęcherzyka, - endometrioza, - włóknisty nowotwór macicy, itp.
Jednak nie tylko kobiety zgłaszają się na badania do specjalistów od naprotechnologii. Dzięki badaniom męskiej płodności w klinikach posługujących się tą dziedziną, mężczyźni również są kierowani na odpowiednią kurację, gdy zaistnieje taka potrzeba.
Tylko kilku procentom par stosujących naprotechnologię nie udaje się określić przyczyny niepłodności. Ta metoda nigdy nikomu nie szkodzi i nie posiada żadnych skutków ubocznych.
Jakie są etapy leczenia bezpłodności przy stosowaniu naprotechnologii w warunkach polskich?
W pierwszej kolejności para zainteresowana tą metodą powinna skontaktować się z instruktorem CrMS, którego dane kontaktowe znajdzie na stronie www.naprotechnologia.pl
W roku 2009 było ich w Polsce jedynie 21, gdyż szkolenia dla instruktorów przeprowadzane są wyłącznie za granicą (w Stanach Zjednoczonych, a bliżej nas - w Irlandii). Koszt wyszkolenia jednej osoby wynosi średnio 10.000 złotych i dla wielu zainteresowanych pracą instruktora jest to już na samym początku bariera trudna do pokonania.
Po umówieniu się na wizytę z instruktorem następuje seria spotkań, podczas których para nabiera rutyny w obserwacji kobiecych cyklów (wymagane są przynajmniej 3 cykle zapisane w standaryzowany sposób, zgodny z "Creighton Model System").
"Creighton Model System" (w skrócie CrMs) to standaryzowana modyfikacja metody Billingsów, oparta na szczegółowym i zobiektywizowanym zapisie obserwowanych biomarkerów: wydzieliny śluzowej i krwawienia. Niewtajemniczeni w naturalne metody planowania rodziny, do której należy również wspomniana wcześniej metoda Billingsów (więcej informacji na temat tych metod na http://www.npr.pl/), uczą się naturalnych cykli kobiety, określania jej dni płodnych i niepłodnych, a także po przebytym szkoleniu są w stanie sami zaobserwować wszystkie anomalia wpływające na nieregularność cykli oraz określić ich pochodzenie.
Poświęcając codziennie kilka minut czasu na obserwację swojego organizmu (obecność i rodzaj śluzu oraz krwawienia, rodzaje występujących dolegliwości przed menstruacją) para otrzymuje bardzo szczegółowe dane, nad którymi pracuje z instruktorem, a następnie z lekarzem-naprotechnologiem. Ich zestandaryzowany zapis pozwala na konsultacje medyczne z każdym specjalistą naprotechnologiem na całym świecie. Oprócz przekazywania wiedzy medycznej z zakresu badania płodności kobiety, instruktor CrMS pomaga parom odnaleźć dziesiątki nowych sposobów wyrażania uczuć (poza kontaktem genitalnym) i odkryć duchowy wymiar ludzkiej płodności. W sposób rzetelny przybliża różnicę między metodą naprotechnologii a InVitro, przedstawiając dane dotyczące skuteczności obu metod oraz zagrożenia, jakie niesie za sobą InVitro - przemilczane przez większość lekarzy wysyłających pary na taki zabieg.
W 40% przypadków dane zebrane podczas wizyt z instruktorem CrMS już pozwalają na określenie przyczyny niepłodności i rozpoczęcie leczenia.
Cykl spotkań z instruktorem CrMS obejmuje 8 wizyt i jest rozłożony na jeden rok. W Polsce koszt takich konsultacji wynosi średnio 800-1000 złotych i jest nieporównywalnie tańszy od wizyt u lekarza-specjalisty od InVitro. Dodatkowo, para zobowiązana jest przeprowadzić na tym etapie wstępne badania lekarskie, badania laboratoryjne (hormonów i nasienia) oraz badania ultrasonograficzne, których koszt waha się w przedziale 400-600 zł.
Posiadając zgromadzone dane z cykli kobiety oraz wstępne informacje od instruktora CrMS, para może już udać się do lekarza-naprotechnologa, który posiada odpowiednie kwalifikacje do przepisania jednemu z małżonków najlepszej metody leczenia jego przypadku. Roztacza on opiekę nad bezpłodną osobą aż do momentu poczęcia i urodzenia dziecka, a w przypadkach wykrycia stałej niezdolności do poczęcia dokładnie wyjaśnia przyczynę takiego stanu. Według danych z 2009 roku, w Polsce mieliśmy jedynie 11 lekarzy-specjalistów od naprotechnologii. Ich dane adresowe są dostępne na www.naprotechnologia.pl
Rodzi się pytanie, dlaczego naprotechnologia w Polsce jest tak słabo rozwinięta?
Ta bardzo skuteczna metoda walki z bezpłodnością dopiero od dwóch lat zaistniała w polskich mediach (stan na 2011 r.), a od razu poddano ją ostrej krytyce środowisk proaborcyjnych i zwolenników InVitro. Przyklejono do niej etykiety: nieskuteczna, nienaukowa, „kościelna”, nowy rodzaj przestarzałego „kalendarzyka” i tym podobne. Przyjrzyjmy się bliżej tym zarzutom...
Jeśli przyjąć, że naprotechnologia jest nieskuteczna, to dlaczego zebrane dane z 30 lat jej stosowania ukazują zupełnie coś innego?
Skuteczność leczenia niepłodności naprotechnologią, gdzie przyczyną był brak owulacji, wynosi 81,8%, a dla InVitro jedynie 21-27% (dane z lat 1986-2001).
Skuteczność leczenia niepłodności spowodowaną zespołem policystycznych jajników wyniosła dla naprotechnologii 62,5% i jest wskaźnikowo 2,36% skuteczniejsza od metody InVitro.
Kobiety cierpiące na endometriozę po zastosowaniu naprotechnologii w 56,7% przypadków zachodziły w ciążę i jej wskaźnik skuteczności porównywany do InVitro znowu jest na plusie o 2,67%.
Niedrożność jajowodów leczona przez lekarzy naprotechnologów dawała 38,4% skuteczności i wskaźnik znowu był wyższy od metody InVitro o 1,41%.
Nazywanie naprotechnologii metodą nienaukową mija się z celem. Istnieje zespół lekarzy-specjalistów w tej konkretnej dziedzinie, którzy zajmują się badaniami nad płodnością kobiety i mężczyzny priorytetowo, często poświęcając temu całe swoje życie. Choć na dzień dzisiejszy jest ich niewielu, ich liczba stale rośnie, dając nadzieję na przyszłość parom na całym świecie. Posiadają oni własne, nowoczesne ośrodki badań (taki jak ten w Omaha, lub chociażby pierwsza w Polsce klinika leczenia niepłodności z siedzibą w Białymstoku).
Naprotechnologia nie jest „metodą kościelną” - jak ją nazywają środowiska proaborcyjne, sugerując tym samym zacofanie i fanatyzm religijny jej zwolenników. Zgodnie z przyjętym stanowiskiem Kościoła, wspiera On wszystkie inicjatywy dążące do rozwoju nauki, mające na uwadze godność istoty ludzkiej. Dostęp do naprotechnologii nie jest ograniczony jedynie dla „przykładnych małżeństw katolickich”. Istnieje wiele przypadków kobiet zawiedzionych niepowodzeniami w stosowaniu metody InVitro, które w krótkim czasie rodziły zdrowe dzieci po zastosowaniu naprotechnologii. Nie istnieją żadne przeciwwskazania moralne wykluczające z możliwości skorzystania z dobroczynnych skutków tej metody.
Czy terapia pod okiem lekarza-specjalisty od naprotechnologii może nieść ze sobą jakieś zagrożenia dla kobiety i rozwijającego się w niej życia? Istnieje pewne zagrożenie występujące zarówno przy stosowaniu naprotechnologii jak i każdej innej metody (np. InVitro), związanej ze stymulacją jajników. Chodzi tu o tzw. zespół hyperstymulacji jajników charakteryzujący się narastaniem torbieli w gonadach żeńskich, gromadzeniem płynu w jamie brzusznej, a czasem i w jamie opłucnej. W skrajnych przypadkach może dochodzić do zaburzenia w funkcjonowaniu nerek, niedobiałczenia organizmu oraz zaburzeń krzepnięcia. Zespół hyperstymulacji jajników może przebiegać w postaci łagodnej, umiarkowanej lub ciężkiej. Dzięki jakości leków używanych przez lekarzy w klinikach naprotechnologii, najnowszej, specjalistycznej wiedzy na ten temat oraz samego doświadczenia kadry lekarskiej opiekującej się pacjentkami, to zagrożenie ciąży bardzo rzadko niesie ze sobą poważniejsze powikłania.
Dla osób wahających się nad zastosowaniem tej metody, warto przytoczyć jedną z tak nielicznych w polskiej prasie opinii lekarzy specjalistów od naprotechnologii:
„Szacunek do życia i godności każdego istnienia ludzkiego: Moim zdaniem są to, obok skuteczności, najważniejsze cechy wyróżniające naprotechnologię. Stosując tą metodę „walczymy” o poczęcie nowego życia, nie zapominając, że na początku składa się ono z dwóch, czterech, ośmiu komórek. W naprotechnologii każda powstała istota ludzka otrzymuje możliwość dalszego istnienia, każdemu poczętemu życiu mówi się „tak”. A jeżeli natura chce inaczej i nie dopuszcza do rozwoju embrionu ludzkiego? No cóż, w takim przypadku jest to działanie natury, a więc człowiek nie ponosi odpowiedzialności moralnej za to, co się wydarzy.”
[Tadeusz Wasilewski, książka pt.: „Naprotechnology® Ekologia płodności”, Wydawnictwo eSPe, 2009]
Pary pragnące mieć dzieci często poruszają niebo i ziemię, by dopiąć swojego celu. Naprotechnologia z pewnością jest jedną z tych metod, od której warto rozpocząć leczenie bezpłodności.
Trzy MITY dot. In Vitro
Abraham i Sara usłyszeli kiedyś obietnicę, że będą mieć syna. Miała to być odpowiedź na pragnienie, które nosili w sobie przez całe życie, a które ciągle przypominało im, że są małżeństwem niespełnionym, niezdolnym do przekazania życia. Wydawało im się, że mają prawo do dziecka. W tym pragnieniu i poczuciu należnego im szczęścia zdążyli się zestarzeć. Niemożliwe miało stać się możliwym. Czas płynął, pragnienie się wzmagało, cierpliwość się kończyła, potomka ciągle nie było. Postanowili mieć dziecko za wszelką cenę. Być może poczuli się oszukani. Nikt nie chce padać ofiarą iluzji, zwłaszcza w sprawach ważnych i delikatnych zarazem. Rozczarowania bolą.
Narzędziem spełniania marzeń miała stać się piękna niewolnica Hagar. Wystarczyło pomyśleć i wykorzystać panujący zwyczaj, rodzaj niepisanego prawa. Pozwalało ono, by w przypadku niepłodności pani domu, jedna z jej niewolnic użyczyła swojego ciała, stając się biologiczną matką. Potem rodząc na rękach niepłodnej pani oddawała jej dziecko tracąc do niego wszelkie prawa. Nagrodą była hojna zapłata, czasem wyzwolenie.
O instrumentalnym traktowaniu kobiety nikt nie myślał. Miało to jednak swoje konsekwencje, które niejednokrotnie przerastały ludzi. Nawarstwiło się kilka bardzo trudnych problemów. Abraham i Sara uciekając od jednego cierpienia, wpadli w drugie, którego rozmiarów nie byli w stanie przewidzieć ani dla siebie ani dla nikogo. Krzyż małżeńskiej niepłodności nie przestał być krzyżem. W tym względzie nic się nie zmieniło, jako małżeństwo dalej byli niepłodni. Czekała ich adopcja dziecka niewolnicy.
Pokochać Izmaela nie byłoby trudno, gdyby niewolnica Hagar miała trochę pokory. Tymczasem jako płodna zaczęła upokarzać bezpłodną Sarę i małżonkowie znaleźli się w potrzasku swoich pomysłów, niejako „pomiędzy”. Szczęście, które miało być tak oczywiste, przestało oczywistym być. A ponieważ nikt nie chce cierpieć, nawet jeśli zawini, zaczyna tworzyć strategię przetrwania. Oboje broniąc się przed konsekwencjami własnych wyborów, właściwie zmuszają niewolnicę by z Izmaelem uciekła na pustynię. Konsekwencje ucieczki jednych miażdżą drugich. Winni ranią niewinnych.
Bóg poruszony sposobem potraktowania niewolnicy wypowiada zaskakująco twarde słowa: „Twój syn będzie dziki jak onager (dziki osioł): będzie walczył przeciwko wszystkim i wszyscy – przeciwko niemu; będzie utrapieniem dla swych pobratymców” – Rdz 16, 12n.
Słowo się spełniło. Strach pomyśleć, że konsekwencje tamtego nieposłuszeństwa trwają do dzisiaj, tyle wieków. Potomkowie Izmaela są nieopisanym utrapieniem dla potomków Izaaka, Arabowie i Żydzi muszą dzielić tę samą ziemią sądząc, że mają do niej wyłączne prawo. Nawet koncepcja „ziemia za pokój”, nawet powstanie Autonomii Palestyńskiej, nie rozwiązało problemu wzajemnych relacji. Nie ma pokoju, natomiast na oczach świata powstaje gigantyczny mur, liczący kilkaset kilometrów, uzbrojony w najnowocześniejszą elektronikę, by oddzielać „dzieci wolnej” od „dzieci niewolnicy”.
Wydaje się, że jest w tej historii zawarta pewna analogia do współczesnych prób „posiadania dziecka za wszelką cenę”, skrótowo i enigmatycznie nazywanych in vitro. Są mity, które z ewangelicznego punktu widzenia należy obalić, czy się to komuś podoba czy nie.
MIT I – Rodzice mają prawo do dziecka
Grzech pierworodny w myśleniu wielu małżonków polega na całkowicie błędnym założeniu. Jest nim całkowicie subiektywne (skądinąd zrozumiałe), ale fałszywe przekonanie, że macierzyństwo i ojcostwo się należy. W Ewangelii nie znajdziemy na ten temat nawet jednego zdania. Nic nikomu się nie należy. Bóg wszystko może, ale niczego nie musi. Miłość jest wolna w swoich decyzjach; daje co chce, komu chce, jak chce i kiedy chce. A więc nie zawsze, nie wszystko i nie każdemu! Człowiek nie powinien w żaden sposób tej miłości „przymuszać”, „szantażować”, nawet najbardziej szlachetnymi odruchami serca. Tego myślenia muszą się wystrzegać także zwolennicy naprotechnologii (metody leczenia zgodnej z nauczaniem Kościoła). Posiadanie dzieci nie jest żadną „należnością”, nie jest prawem, jest łaską czyli darem niezasłużonym. Jest też powołaniem, a to oznacza, że w sensie najbardziej dosłownym macierzyństwo i ojcostwa bez Boga nie istnieje w ogóle lub istnieje, ale jako uzurpacja i polega na „wykradaniu” i „zawłaszczaniu” sekretu życia Stwórcy. To jest nieporównanie poważniejsza sprawa niż kradzież ognia jakiej dopuścił się Prometeusz, który zresztą poniósł konsekwencje swojej decyzji; codziennie przylatywał jastrząb, który wyjadał mu kawałek wątroby. Zwróćmy uwagę, że nawet świat mitu nie pomija kwestii odpowiedzialności. Nawet mity mówią o konsekwencjach. Starożytni dostrzegali oczywistość związku przyczyny i skutku, której współcześni ludzie wydają się nie zauważać.
MIT II – Cel uświęca środki
Konsekwencją błędnego założenia, że dzieci są kimś (czymś) należnym rodzicom, jest przyjęcie zasady, że każdy sposób „pozyskiwania” dziecka jest dopuszczalny. Jedni robią to poprzez handel żywym towarem (przemyt dzieci z krajów Trzeciego Świata idzie w setki tysięcy), inni poprzez dzierżawę lub sprzedaż materiału genetycznego, inni przez in vitro. W każdym przypadku dziecko jest traktowane przedmiotowo. Przyjęcie zasady, że cel uświęca środki wywołuje prawdziwy efekt domina. Każde kolejne przekroczenie istniejących od zawsze norm, niemal wszystko można wtedy racjonalnie wytłumaczyć i uzasadnić. Wskazując sobie lub innym niezwykle szlachetne cele można być najprawdziwszym barbarzyńcą. Jeśli człowiek, nieważne dorosły czy dziecko, staje się środkiem do celu to znaczy, że zatraciliśmy pojęcie osoby, relacji osobowych, zwłaszcza miłości. Sprowadzamy wszystko do rozważań czy coś jest technicznie, technologicznie możliwe czy nie? Dziecko staje się dla niektórych rodzajem należnej „konsumpcji”. To jest część wielkiej strategii pokus bogacącego się społeczeństwa. Demaskował to Jan Paweł II w Irlandii zanim ten kraj dokonał konsumpcyjnego skoku:
„Szerzący się materializm podporządkowuje sobie człowieka w wieloraki sposób – z agresywnością, która nie oszczędza nikogo. Najświętsze zasady będące dotąd bezpiecznymi przewodnikami jednostek i społeczeństw zostały zupełnie wyeliminowane z życia przez fałszywe rozumienie wolności, świętości życia, nierozerwalności małżeństwa, właściwego sensu życia seksualnego, stosunku do dóbr materialnych oferowanych nam przez postęp. [...] Dobrobyt i dostatek – nawet wtedy, gdy dopiero zaczynają być udziałem szerszych kręgów społecznych – prowadzą do przekonania o prawie do wszystkiego, co dobrobyt niesie ze sobą i do stawiania coraz bardziej egoistycznych żądań. Każdy domaga się pełnej wolności we wszystkich dziedzinach ludzkiego postępowania i płynących z niej nowych modeli moralności. [...] Stoimy obecnie w obliczu wyzwania, jakim jest pokusa przyjęcia za prawdziwą wolność tego, co w rzeczywistości jest jedynie nową formą zniewolenia.” (Homilia Mszy św. w Phoenix Park w Dublinie, 29.09.1979 r.).
Chrześcijaństwo nigdy nie głosiło pojedynczych wartości. Zawsze głosiło system, hierarchię wartości, które wzajemnie siebie potrzebują i afirmują. W chrześcijaństwie najwyższą wartością wcale nie jest życie czy wolność lecz miłość. „Bóg jest miłością” – mówi Św. Jan (1J 4,8). Może się okazać w że Bóg, który jest miłością, w swoich planach nie przewidział dla tych konkretnych ludzi ojcostwa i macierzyństwa, mimo tkwiących w nich pragnień. A przynajmniej nie należy wykluczać takiego scenariusza!
MIT III – Kościół musi ustąpić, inaczej przegra
Pokusa by w imię zachowania wiernych zrezygnować z wartości jest ogromna. Jak owocowały wszelkie kompromisy na które godzili się ludzie Kościoła ze strachu albo dla uniknięcia odrzucenia, możemy prześledzić na przestrzeni wieków. Złudna obietnica, więcej, prawdziwie demoniczny sofizmat, że jeśli Kościół zrezygnuje z wierności i wymagań, zachowa wiernych wystawiła Kościół katolicki, ale także wszystkie odłamy chrześcijaństwa na ośmieszenie i pogardę. "Za każdym razem spełniały się słowa Chrystusa o soli zwietrzałej, która na nic się nie przydaje, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi" – Mt 5,13. Rezygnacja z wartości jest dla Kościoła aktem samobójczym. Tylko wierność daje Kościołowi gen niezniszczalności! Jak długo Kościół trwa wiernie w nauce Pana, może liczyć na Jego obecność i opiekę. Wtedy nie tylko towarzyszy mu obietnica wypowiedziana do Piotra „…bramy piekielne go nie przemogą” – Mt 16,18, ale staje się rzeczywistą przestrzenią i zarazem świadkiem takich właśnie zwycięstw.
Odrzucenie głosu Kościoła w tej czy innej kwestii nie jest niczyim zwycięstwem. To nie jest żaden sukces, choć może być i bywa tak przedstawiany w mediach! Tak naprawdę przegrywa wtedy człowiek sam ze sobą i ze słabością, którą w sobie nosi. Kościół nie powinien się bać odrzucenia z powodu wierności. Odrzucenie jest stanem normy dla Kościoła. Ma on do wyboru albo być odrzuconym jako znak sprzeciwu albo jako znak zgorszenia. Jeśli zostanie odrzucony jako znak sprzeciwu trzeba się cieszyć, że światło jest światłem, sól solą a zaczyn zaczynem! Jeśli stanie się znakiem zgorszenia, czeka go podwójne odrzucenie. Kościół nie ma wyboru jest tylko depozytariuszem a nie twórcą Objawienia.
In Vitro kaleczy dzieci (10.2009)
Przeciwko dofinansowywaniu przez państwo techniki in vitro jako metody „leczenia” niepłodności opowiedział się wiceprzewodniczący Rosyjskiej Akademii Nauk Medycznych Aleksander Baranow. Pełni on jednocześnie funkcję głównego pediatry Federacji Rosyjskiej. Według niego, stosowanie tej metody jest szkodliwe tak dla „dziecka z probówki”, jak i dla samej matki.
- Obecnie pojawiło się dużo «dzieci z probówki». Lekarze położnicy wymogli na władzach dotacje na zabiegi in vitro, argumentując, że pomogą one rozwiązać problem kryzysu demograficznego. Nic podobnego – stwierdził główny pediatra rosyjski. Powołując się na statystyki światowe podkreślił, że przy stosowaniu metody in vitro wzrasta ryzyko urodzin dzieci z wadami. W Rosji 75 proc. „dzieci z probówki” rodzi się inwalidami.
- Występując w Dumie Państwowej apelowałem, że jeśli wydajemy pieniądze na in vitro, to od razu powinniśmy szykować pieniądze na opiekę nad inwalidami urodzonymi dzięki tej metodzie – powiedział Baranow. Jego zdaniem nie dość, że państwo zainwestowało pieniądze w stosowanie tej metody, to jest ona praktykowana w sposób niekontrolowany, przez wielu lekarzy w gabinetach prywatnych.
- Światowa Organizacja Zdrowia nie rekomenduje stosowania metody in vitro. Oczywiście zabronić nikomu tego nie możemy, ale popierając jej praktykowanie finansowo, państwo popełnia błąd. Jeżeli wiemy, jakie są skutki uboczne stosowania tej metody, powinniśmy o nich informować. Metoda ta szkodzi również zdrowiu matki – dodał Baranow.
Jeśli nie In Vitro - to co? Wobec przetaczających się (już od wielu lat) przez wszystkie polskie media dyskusji na temat legalizacji procedur zapłodnienia na szkle oraz możliwości refundacji tychże z budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia zainteresowanie społeczeństwa, a pewnie i świadomość wagi tych problemów, na pewno wzrosła. Stanowisko Kościoła Katolickiego w tych kwestiach z zakresu bioetyki pozostaje jasne. Wypowiadane przez papieży Jana Pawła II i Benedykta XVI oraz wielu Biskupów, a potwierdzone po raz kolejny, w ogłoszonym w grudniu 2008 roku dokumencie Kongregacji Nauki Wiary:
Kościół broniąc godności osób, godności małżeństwa, godności poczętego dziecka, integralności aktu małżeńskiego jako jedynego właściwego miejsca dla poczęcia życia ludzkiego, wreszcie życia ludzkiego jako takiego (wobec aborcyjnego charakteru praktyk związanych ze wspomaganym sztucznie rozrodem) sprzeciwia się kategorycznie „wszelkim „technikom sztucznego zapłodnienia heterologicznego oraz technikom sztucznego zapłodnienia homologicznego, zastępującym akt małżeński”.
Małżeństwa dotknięte problemem obniżonej płodności pytają zatem: Co w zamian? Czy sztuczna inseminacja i metody „in vitro” są jedyną odpowiedzią na sytuację, kiedy pragnienie potomstwa krzyżuje się z niemożnością przekazania życia? Dzisiejszy „mainstream” medyczny, ustami profesorów – twórców dzieci z probówki i właścicieli laboratoryjnych fabryk dzieci (tzw. klinik „in vitro”) chce nam wmówić, że tak właśnie jest. Neguje tym samym dorobek medycyny w zakresie leczenia problemów z płodnością małżeńską sprzed 1978 roku, w którym to doprowadzono do urodzenia pierwszego dziecka, spośród bardzo wielu już wcześniej poczętych w „probówce”. Tymczasem jeśli porównamy wyniki leczenia niepłodności w konkretnych jednostkach chorobowych sprzed 50 lat i dzisiaj, okazuje się, że na przykład: przy klasycznym chirurgicznym leczeniu endometriozy (w latach 50-tych XX w.) szansa na uzyskanie urodzenia dziecka była około 50% – dzisiaj in vitro przy endometriozie daje 27 % szans, leczenie chirurgiczne zespołu policystycznych jajników (badanie z roku 1981) dawało szanse 55-77% leczonych dzisiaj in vitro 21-27%. Wbrew ciągłemu ogłaszaniu „sukcesów medycyny reprodukcyjnej” wyniki leczenia są gorsze niż przed laty. Dlaczego?
Klasyczne postępowanie lekarskie to najpierw poznanie przyczyny, rozpoznanie choroby, a później leczenie – zależnie od rozpoznania. Komitety ekspertów towarzystw ginekologicznych mówią natomiast coś zupełnie innego: diagnostyka przyczyny obniżonej płodności małżeńskiej (która musi trwać prze kilka miesięcy, czasem nawet do roku czasu, ze względu na fizjologiczny cykl kobiety, na konieczność stopniowego odkrywania mechanizmów fizjologii danej kobiety, sprawdzenia prawidłowości struktur anatomicznych i równoległych badań stanu zdrowia mężczyzny) jest „marnowaniem czasu reprodukcyjnego” i „małżeństwom cierpiącym z powodu bezdzietności należy jak najszybciej zaproponować najnowocześniejsze i najskuteczniejsze sposoby postępowania czyli najpierw inseminacje, a wkrótce po ich niepowodzeniu (spodziewanym, ponieważ skuteczność inseminacji jest bardzo niska) kolejne procedury wspomaganego rozrodu: in vitro, ICSI, i wszystkie inne coraz bardziej wysublimowane sposoby obejścia problemu” (bez rozpoznania przyczyny).
Mając w pamięci przytoczone powyżej fakty dotyczące skuteczności proponowanych metod należy zapytać dlaczego nie rozpoznawać i nie leczyć przyczyny??? Czy odpowiedź stanowi: większa uciążliwość (dla lekarza) rzetelnego postępowania lekarskiego i znacznie mniejsza jego dochodowość? Nie jest to tylko problem specyficznie polski, na całym świecie odchodzi się od klasycznych metod diagnostycznych i terapeutycznych, neguje się wartość np. leczenia urologicznego i andrologicznego w niepłodności męskiej, żeby jak najszybciej i jak najwięcej pacjentów skierować do "in vitro".
Lekarze, którzy chcą rozpoznawać i leczyć, należą na pewno do mniejszości w środowiskach zajmujących się problemem obniżonej płodności małżeństw. Ale to właśnie do nich skierował swój apel zawarty w encyklice „Humanae Vitae” papież Paweł VI w 1968 roku. W numerze 24-tej encykliki pisze: „ Pragniemy teraz zwrócić się ze słowami zachęty do ludzi nauki, którzy wiele mogą oddać usług dobru małżeństwa i rodziny oraz spokojowi sumień, jeśli przez wspólny wkład swych badań będą się gorliwie starać wszechstronnie wyjaśnić różne warunki sprzyjające właściwemu regulowaniu ludzkiej rozrodczości. (…) W ten sposób ludzie nauki, a w szczególności uczeni katoliccy, wykażą ze swej strony, iż rzeczy mają się tak, jak Kościół naucza, że mianowicie: "nie może być rzeczywistej sprzeczności między boskimi prawami dotyczącymi z jednej strony przekazywania życia, a z drugiej pielęgnowania prawdziwej miłości małżeńskiej”.
Jednym z tych, którzy na to wezwanie odpowiedzieli, poświęcając cały swój czas i energię szukaniu tego wyjaśnienia i godnych człowieka sposobów leczenia problemów dotyczących sfery ludzkiej płodności, był profesor Thomas Hilgers pracujący najpierw na jezuickim Uniwersytecie Creightona, a poźniej w Instytucie Papieża Pawła VI w Omaha w stanie Nebraska w USA. Stworzył on wraz ze swoim zespołem współpracowników, biorąc za podstawę metodę owulacyjną Johna i Evelynn Billingsów, najpierw model Creightona, model zintegrowanej „troski o płodność” (Creighton Model Fertility Care System – popularną w Ameryce metodę naturalnego planowania rodziny), a na jego bazie – NaProTechnology – nową dziedzinę wiedzy ginekologicznej, która w sposób kompleksowy i nowatorski traktuję sprawę płodności i niepłodności kobiety. Wykorzystuje ona dotychczasowe zdobycze wiedzy ginekologicznej, endokrynologicznej oraz zabiegi operacyjne dotychczas znane, a niekiedy nawet zarzucone przez ginekologów, jej nowatorstwo natomiast polega na ich połączeniu i powstaniu wystandaryzowanego modelu wnikliwej obserwacji, analizy danych i wnioskowania oraz na rewolucyjnie potraktowanym leczeniu zabiegowym. W 2004 roku Instytut Pawła VI opublikował podręcznik profesora Hilgersa „NaProTechnology – Praktyka chirurgiczna i medyczna” gdzie zebrano dotychczasowe wyniki badań i rezultaty leczenia w wielu schorzeniach ginekologicznych, nie tylko w niepłodności.
NaProTechnology – Natural Procreative Technology. Technologia Naturalnej Prokreacji, po polsku najczęściej używa się słowa naprotechnologia, zyskało już prawo obecności w mediach katolickich, a nawet Gazeta Wyborcza kilka razy poświęciła jej miejsce na swoich łamach.
Czym jest NaProTechnology, jaka jest istotna różnica wobec dotychczasowych metod postępowania, dlaczego stanowi to postęp? Podstawowym narzędziem Naprotechnology jest Creighton Model FertilityCare™ System (CrMS). System ten polega na standaryzowanej obserwacji biomarkerów – objawów których naturalne występowanie jest objawem zdrowia kobiety i jej płodności. To właśnie umiejętne rozpoznanie biomarkerów pozwala parze na używanie tego systemu do uzyskania lub do uniknięcia poczęcia. Jeżeli występują zaburzenia zdrowia ginekologicznego, to obserwowane zmiany w biomarkerach informują o tym kobietę.
Podstawą NaProTechnology jest więc pogłębione badanie podmiotowe, uzyskujemy od pary małżeńskiej informacje dotyczące przebiegu cyklu kobiety, których w żaden inny, niż obserwacje Creighton Model FertilityCare System, sposób pozyskać nie można. Stanowi to przełom w możliwościach diagnostycznych również w zakresie badań przedmiotowych (czyli badania lekarskiego fizykalnego i badań dodatkowych: obrazowych i laboratoryjnych), ponieważ czas ich wykonania można dokładnie dopasować do fizjologicznego cyklu kobiety, co daje lekarzowi nieporównywalnie większe możliwości rozpoznawania przyczyn niepłodności i innych schorzeń kobiecych niż w tradycyjny sposób. Możliwości te wynikają właśnie z podmiotowego traktowania pary małżeńskiej zgłaszającej się do leczenia. To małżeństwo ma stać się "ekspertem" od własnej płodności, poznać swój własny rytm biologiczny, jego zaburzenia i przyczyny tych zaburzeń, aby umożliwić wspólną z lekarzem i instruktorem pracę.”
Po mniej więcej 3 miesiącach pracy z instruktorem CrMS, małżeństwa trafiają do lekarza, który interpretując dane zawarte w kartach obserwacji i wszystkie inne wcześniejsze wyniki badań dodatkowych, jakie para przynosi ze sobą - po badaniu lekarskim - zleca kolejne, ściśle dopasowane do indywidualnego cyklu danej kobiety badania. Około 3-5 miesięcy trwa druga faza diagnostyki. Zawiera ona również (jeśli to konieczne) procedury związane z zabiegami chirurgicznymi takimi jak hsg, hysteroskopia, laparoskopia – które jednocześnie są elementem leczenia.
Po postawieniu rozpoznania przyczyny niepłodności podaje się leczenie farmakologiczne, hormonalne, również ściśle dopasowane do warunków indywidualnych. Jeśli występują nieprawidłowości w badaniach męża, podajemy również leki mężowi. Tak więc po ok 6-8 msc powinniśmy dojść do sytuacji prawidłowych cykli miesięcznych, prawidłowej anatomii (drożność jajowodów, brak zrostów, wyleczone ewentualne ogniska endometriozy itd.) i w następnym etapie ciągle monitorując prawidłowość badań hormonalnych oczekujemy na poczęcie . Zalecamy akty małżeńskie w „okienku płodności”, które otwiera się poprzez obecność prawidłowej wydzieliny śluzowej szyjki macicy i czekamy ok. 12 miesięcy. Cały proces diagnostyczno leczniczy przewidziany jest na 18-24 miesięcy. Jest to czas, w którym większość małżeństw powinno uzyskać oczekiwany rezultat. Jeśli nie, mamy świadomość , że zrobiliśmy to co było możliwe i moralnie dopuszczalne aby pomóc małżeństwu. Dla tych małżeństw, które czują do tego powołanie, może to być wskazówka aby myśleć o adopcji.
NaProTECHNOLOGY zakłada zupełnie odmienne niż Techniki Wspomaganego Rozrodu (skrót angielski: ART) podejście filozoficzne do leczenia pacjentów z niepłodnością. NaProTECHNOLOGY widzi dziecko jako dar, w przeciwieństwie do uznawania prawa do dziecka, tak jak stwierdza to instrukcja Donum Vitae „prawdziwe i właściwe prawo do dziecka sprzeciwiałoby się jego godności i naturze. Dziecko nie jest jakąś rzeczą, która należałaby się małżonkom i nie może być uważane za przedmiot posiadania. Jest raczej darem, i to „największym”, najbardziej darmowym małżeństwa, żywym świadectwem wzajemnego oddania się jego rodziców…”
Jeśli chodzi o skuteczność NaProTECHNOLOGY, to możemy posłużyć się artykułem, z wrześniowego (2008) numeru Journal of the American Board of Family Medicine: Outcomes From Treatment of Infertility With Natural Procreative Technology in an Irish General Practice; Joseph B. Stanford, MD,MSPH, Tracey A. Parnell, MD and Phil C. Boyle, MB. W badaniu z Irlandii, z Praktyki lekarza rodzinnego w Galway, w latach 1998-2002 zgłosiło sie 1239 par małżeńskich z powodu niepłodności. Średni wiek kobiet to 35,8 lat, średnia długość trwania niepłodności 5,6 roku. 33% par wcześniej było leczonych ART. Wskaźnik ciąż wyniósł 52%. Udało się w tym czasie pomóc około 140 małżeństwom po niepowodzeniach ART, czyli technik wspomaganego rozrodu „in vitro”.
Jeszcze lepsze wyniki dokumentuje w swoich pracach profesor Hilgers prawdopodobnie dlatego, że ma lepsze niż w Irlandii możliwości leczenia chirurgicznego. Badania opublikowane zostały w 2004 roku, w podręczniku „The Medical & Surgical Practice of NaProTECHNOLOGY”. Skumulowane wyniki, wskaźnik ciąż po leczeniu z powodu niepłodności, NaProTECHNOLOGY, w przedziałach czasowych pokazują że:
1) do 12 miesięcy – uzyskano 44% ciąż 2) do 24 miesięcy uzyskano 62% ciąż, 3) w 48 miesięcy od rozpoczęcia leczenia 71%
Zależnie od przyczyny niepłodności (niedrożność jajowodów, endometrioza, zespół policystycznych jajników, brak owulacji), wieku pacjentów oraz czasu leczenia (do 72 msc) NaProTECHNOLOGY pomogła w uzyskaniu poczęcia i urodzenia dzieci od 40 do 80 procent zgłaszających się małżeństw. NaProTECHNOLOGY pomaga również tam gdzie przyczyną niepłodności jest czynnik męski. Są oczywiście sytuacje kiedy pomoc jest niemożliwa np.: przyczyny genetyczne, niektóre wady wrodzone narządu rodnego, brak jajowodów lub ich niemożliwa do korekcji chirurgicznej niedrożność, całkowity brak plemników w ejakulacie. Wiele małżeństw (77%) spośród tych, które nie urodziły dzieci w wyniku leczenia zdecydowało się na adopcję.
Korzyścią dla pary małżeńskiej jest pełna świadomość zdrowia ginekologicznego i rozrodczego poprzez ciągłe jego monitorowanie, pogłębienie relacji poprzez lepsze zrozumienie siebie. NaProTechnology daje wielu małżeństwom nadzieję na godziwe, skuteczne leczenie zaburzeń organicznych u podstaw ich bezpłodności przy poszanowaniu dla ich intymności i prawdziwego języka miłości.
Lekarze chcący się specjalizować w tej nowej dziedzinie odbywali dotąd szkolenia w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej i w Irlandii. Pierwsze szkolenie w Polsce rozpoczęło się na przełomie listopada i grudnia 2008r. w Lublinie, zorganizowane przez Fundację Instytut Leczenia Niepłodności Małżenskiej (www.leczenie-nieplodnosci.pl) we współpracy z Pope Paul VI Institute z Omaha oraz The Women’s Wellness and FertilityCare™ Centre z Toronto/Canada i trwa nadal jako 13-miesięczne studia podyplomowe dla instruktorów Creighton Model Fertility Care System oraz 6-miesięczne szkolenie dla lekarzy. NaProTechnology umożliwia zaangażowanie w profilaktykę i leczenie w zakresie niepłodności nie tylko ginekologom, ale również lekarzom rodzinnym. Wprowadza nową kategorię instruktorów współpracujących z lekarzem i pacjentami (Fertility Care Practitioners) w celu jak najpełniejszego wykorzystania danych z obserwacji cyklu i biomarkerów.
Wprowadzenie NaProTechnology do Polski może w znaczący sposób poprawić wyniki diagnostyki i leczenia niepłodności i innych schorzeń w zakresie ginekologii i położnictwa oraz umożliwić jej dalszy rozwój z perspektywą otwarcia na kraje sąsiednie.
Niebezpieczna diagnostyka w In Vitro Kontrowersyjna ze względów etyczno-moralnych diagnostyka preimplantacyjna ludzkich embrionów jest prawdopodobnie niebezpieczna z powodu efektów ubocznych zastosowanej techniki.
Chociaż diagnozowanie preimplantacyjne (ang. preimplantation genetic diagnosis, PGD) jest standardową metodą postępowania w procedurach zapłodnienia in vitro, przez długie lata nie prowadzono badań nad jej bezpieczeństwem dla rozwijających się dzieci.
Pierwsze tego typu badania rozpoczęli naukowcy chińscy. Program badawczy przewiduje najpierw cykl badań na myszach. Okazało się, że u dorosłych osobników, które rozwinęły się z embrionów poddanych PGD, dochodzi do zaników pamięci, które wskazują na choroby neurodegeneracyjne.
Diagnostyka preimplantacyjna jest metodą genetycznej analizy embrionów przed wprowadzeniem ich do macicy matki. Jak informują ośrodki rozrodu wspomaganego (zapłodnienie in vitro), zastosowanie PGD „pozwala wyeliminować konieczność aborcji związanej z występowaniem wad genetycznych u płodu”.
Badanie embrionów polega na biopsji blastomeru komórki pobieranej z rozwijającego się zarodka. Tylko te embriony, które są wolne od wad genetycznych, przeznaczane są do implantacji albo do zamrożenia. Embriony, u których wykryto nieprawidłowości są uśmiercane.
Wyniki badań chińskich naukowców zostały opublikowane w czasopiśmie „Molecular and Cellular Proteomics”. W podsumowaniu kończącym artykuł, współautor badań nad późnymi powikłaniami diagnostyki preimplantacyjnej, dr Yang Yu, napisał: "Nasze badania wskazują na podwyższone ryzyko wystąpienia chorób neurodegeneracyjnych”.
[Źródło: Chrystian Institute, 05.08.2009 r. via SPUC, 06.08.2009 r.; Human Life International 13.08.2009 r.]
Materiał źródłowy: Yang Yu, Jindao Wu, Yong Fan, Zhuo Lv, Xuejiang Guo i inni, "Evaluation of Blastomere Biopsy Using a Mouse Model Indicates the Potential High Risk of Neurodegenerative Disorders in the Offspring”, w: "Molecular and Cellular Proteomics”, Jul 2009; 8: 1490 - 1500.
In Vitro: powikłania dla życia i zdrowia
Brytyjska Komisja ds. Zapłodnienia i Embriologii Człowieka (HFEA) zasugerowała ośrodkom rozrodu wspomaganego (zapłodnienie in vitro) wprowadzenie gratyfikacji pieniężnej dla kobiet-dawczyń komórek jajowych. Pieniądze mają być „formą zadośćuczynienia za wykorzystanie”.
Zaproponowana kwota, 3 tys. funtów, rozżaliła kobiety, które doświadczyły poważnych powikłań po stymulacji owulacji, m.in. zespołu hiperstymulacji jajników. Sarah Matthews, jedna z ofiar procedur in vitro, powiedziała: "Po tym wszystkim jestem lewostronnie sparaliżowana. Straciłam cztery lata życia na rehabilitację. Już nigdy nie będę tą samą kobietą. Zstąpiłam do piekła, żeby mieć dziecko. Nie mogę uwierzyć, że zachęca się młode dziewczyny, aby przeszły podobną gehennę tylko dla pieniędzy.”
Brytyjskie kliniki rozrodu wspomaganego stale narzekają na deficyt gamet – komórek jajowych i plemników. Zgłasza się bowiem coraz więcej par, u których przyczyna niepłodności związana jest z brakiem lub złą kondycją komórek rozrodczych. W takich przypadkach korzysta się z gamet dawców.
Propozycja HFEA wywołała dyskusję na temat handlu ludzkimi komórkami i tkankami, który jest w Europie ustawowo zabroniony. Sarah Matthews podkreśla: „Taki handel jest nie tylko nieetyczny, ale bardzo niebezpieczny. Kobiety-dawczynie będą ignorowały pierwsze symptomy tego, że z ich zdrowiem dzieje się coś nie tak, ponieważ będą chciały otrzymać zapłatę. Jeśli tylko zaczną się uskarżać na złe samopoczucie, procedura stymulacji owulacji zostanie przerwana i nie dostaną pieniędzy. Wiele osób podejmuje teraz ryzykowne decyzje. Młode kobiety postrzegają sprzedaż swoich komórek jako sposób na zaradzenie problemom finansowym. Nawet nie chcą słyszeć o niebezpieczeństwach.”
Sarah Matthews poddała się sztucznemu zapłodnieniu w wieku 35 lat, po sześciu latach bezskutecznych prób zajścia w ciążę. W wyniku stymulacji owulacji jednorazowo pobrano od niej aż 27 komórek jajowych. Siłami natury organizm doprowadza w jednym cyklu miesiączkowym do jednej owulacji, w rzadkich przypadkach do dwóch (w obrębie jednej doby).
Po czterech dniach od laparoskopii kobieta trafiła na oddział intensywnej opieki medycznej. Wystąpił zespół hiperstymulacji jajników. Pacjentka doznała serii zagrażających życiu udarów. Była lewostronnie sparaliżowana, nie widziała, nie słyszała, straciła pamięć. Po wielu miesiącach rehabilitacji przywrócono jej wzrok i mowę, ale ciągle ma problemy z poprawnym mówieniem oraz z pamięcią.
Po zapoznaniu się z opinią biegłych lekarzy, sąd przyznał jej odszkodowanie w wysokości 300 tys. funtów. Prywatna klinika zapłodnienia in vitro musiała zapłacić, ponieważ nie poinformowała pacjentki o ryzyku powikłań. Teraz kliniki oględnie informują, ale pacjentki nie czytają tych informacji.
Według danych rządowych, w ostatnich latach w Wielkiej Brytanii w następstwie powikłań po stymulacji owulacji zmarło 100 kobiet.
In Vitro: wysokie ryzyko martwego urodzenia (03.2010)
Ciąża, do której dochodzi po implantacji zarodka poczętego in vitro, wiąże się z wysokim ryzykiem urodzenia martwego dziecka. Kobiety, które decydują się na macierzyństwo z zastosowaniem technik wspomaganego rozrodu, powinny mieć tego świadomość.
„Human Reproduction” - czasopismo z zakresu medycyny rozrodu człowieka - opublikowało wyniki przeanalizowania 20 tys. przypadków przebiegu pojedynczej ciąży. Kobiety, u których doszło do ciąży wskutek zapłodnienia in vitro rodziły martwe dziecko czterokrotnie częściej niż kobiety, które poczęły w sposób naturalny – spontanicznie lub po wyleczeniu z niepłodności.
Dr Kirsten Wisborg z oddziału neonatologii i intensywnej terapii noworodka Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Aarhus, wraz z zespołem, analizowała dane dotyczące kobiet rodzących w tym drugim co do wielkości mieście Danii. Dane dotyczyły urodzeń, do których doszło w okresie od sierpnia 1989 r. do października 2006 r.
Spośród wszystkich analizowanych 20 166 przypadków pojedynczej pierwszej ciąży, do 16 525 (82 proc.) ciąż doszło naturalnie po mniej niż jednym roku starań, do 2 020 (10 proc.) po więcej niż roku starań (tzw. obniżona płodność), do 879 (4 proc.) po wyleczeniu z niepłodności i do 742 (4 proc.) po zapłodnieniu pozaustrojowym metodą ICSI (docytoplazmatyczne podanie plemnika). Odnotowano 86 przypadków urodzenia martwego dziecka, co daje ogólny wskaźnik 4,3 martwe urodzenia na 1 tys. urodzeń.
Kiedy policzono wskaźnik urodzeń martwych dla każdej z wyszczególnionych grup kobiet otrzymano: 16,2 dla kobiet po sztucznym zapłodnieniu, 2,3 dla kobiet wyleczonych z niepłodności, 3,7 dla kobiet płodnych naturalnie i 5,4 dla kobiet z obniżoną płodnością.
„Po wyeliminowaniu czynników związanych z wiekiem rodzącej, jej wagą, wykształceniem, piciem alkoholu w ciąży, paleniem papierosów i piciem kawy, ustaliliśmy, że ryzyko urodzenia martwego dziecka poczętego in vitro jest czterokrotnie wyższe niż urodzenie martwego dziecka poczętego naturalnie. Natomiast wskaźniki obliczone dla kobiet płodnych, z obniżoną płodnością i wyleczonych z niepłodności wykazują nieduże różnice” – skomentowała wyniki badań dr Wisborg.
„Do tej pory wielu lekarzy wskazywało na wcześniej problemy z płodnością, jako na podstawowy czynnik prowadzący do martwego urodzenia. Przeprowadzona przez nas analiza wykazała, że ryzyko jest bardzo podobne dla kobiet i par mających problemy z płodnością i zdrowych, jeśli do poczęcia dojdzie w sposób naturalny. Ryzyko urodzenia martwego dziecka wysoko wzrasta w przypadku sztucznego zapłodnienia. Oznacza to, że przyczyną straty dziecka mogą być czynniki związane np. z technikami rozrodu wspomaganego lub jakieś fizjologiczne różnice występujące u par bezpłodnych” – podkreśla dr Kirsten Wisborg
In Vitro: znaczne ryzyko przedwczesnego porodu (03.2010)
Sztuczne zapłodnienie może zwiększać ryzyko przedwczesnego porodu - informuje "Fertility and Sterility", czasopismo wydawane przez Amerykańskie Towarzystwo Medycyny Reprodukcyjnej (ASRM). W periodyku opublikowano artykuł omawiający badania duńskich naukowców ze szpitala uniwersyteckiego w Aarhus w Danii.
Badania wykazały, że wśród 20 tys. kobiet rodzących w latach 1989-2006 te, które korzystały ze sztucznego zapłodnienia częściej rodziły wcześniaki. W przypadku zapłodnienia pozaustrojowego szansa na urodzenie żywego dziecka wynosi średnio 20% dla próby podjętej przez 41. rokiem życia kobiety. Co więcej, dzieci poczęte w laboratorium, jeśli przeżyją okres poza organizmem matki i pierwsze tygodnie ciąży, rodzą się przedwcześnie. Wcześniactwo dotyczy ponad 8 proc. dzieci.
Dla porównania, odsetek wcześniaków urodzonych przez kobiety płodne wynosił niecałe 5 proc.
"In vitro oraz ICSI są związane ze stymulacją hormonalną i innymi procedurami, które mogą wpływać na ryzyko przedwczesnego porodu" - mówi kierująca zespołem badawczym dr Kirsten Wisborg.
Według duńskich naukowców, brak jest związku przedwczesnego porodu z leczeniem farmakologicznym niepłodności, co oznacza, że przyczyną nie jest sama niepłodność, ale problem tkwi w procedurach (technikach) sztucznego zapłodnienia.
Urodziła dziecko gejom (07.2009) 31-letnia Brytyjka urodziła dziecko parze gejowskiej. Jeden z mężczyzn jest bratem matki-surogatki.
Kiedy kobieta dowiedziała się, że jej brat „chciałby stworzyć ze swoim chłopakiem prawdziwą rodzinę”, zdecydowała się zostać matką zastępczą. Sama miała już troje dzieci.
Dziecko poczęło się z zapłodnienia pozaustrojowego. Dawcą nasienia został drugi z mężczyzn. Obaj „ojcowie” towarzyszyli kobiecie przy porodzie. Urodziła chłopca.
W metryce urodzenia rubryka z danymi ojca pozostała pusta. Mężczyźni muszą przejść procedurę adopcyjną. Prawdopodobnie są pierwszymi gejami w Wielkiej Brytanii, którzy oficjalnie zostaną adopcyjnymi rodzicami.
Weterynarze zajmują się rozmnażaniem ludzi (03.2010)
Jak ustalili członkowie Komitetu ContraInVitro, w znacznej części spośród 65 różnego rodzaju klinik dokonujących na ludziach zabiegów zapłodnienia pozaustrojowego pracują weterynarze. Na konferencji, zwołanej 23 marca w Rzeszowie, działacze podkreślili, że kliniki in vitro nie starają się nawet ukrywać takich informacji. Placówki zajmujące się unasiennianiem zwierząt wprost reklamują na swoich stronach internetowych usługi in vitro dla ludzi. Zdaniem Komitetu, w praktyce rzadko zdarza się, że praktyczna realizacja zapłodnienia pozaustrojowego jest realizowana przez lekarzy, czy inny personel wykwalifikowany i zajmujący się ludźmi.Działacze komitetu ContraInVitro wystosowali list do minister zdrowia Ewy Kopacz, w którym potępili obecny stan „całkowitego bezprawia” panującego w Polsce w zakresie in vitro. Nazwali bieżące praktyki nieludzkimi i wyrazili oburzenie faktem, iż „decyzją Marszałka Sejmu prace prowadzone są jedynie nad najbardziej permisywistycznymi propozycjami, które człowieka przed narodzeniem traktują wyłącznie jako tkankę, na zasadach analogicznych jak organy służące do przeszczepów”.
To, że sztucznym zapłodnieniem ludzi zajmują się specjaliści od zwierząt, przedstawiciele ContraInVitro uznają w liście za szczególnie bulwersujące. Wnoszą prośbę na ręce minister Kopacz, by zajęła w tej sprawie stanowisko i wyjaśniła, czy praktyki tego typu są zgodne z procedurami obowiązującymi w Polsce. Działacze chcą wiedzieć, czy ministerstwo zajmowało się już tym zagadnieniem i czy zamierza w tej sprawie interweniować.
Pisma zwracające uwagę na nieprawidłowości w klinikach in vitro i na deptanie tam godności człowieka stowarzyszenie wysłało także do ministra sprawiedliwości Krzysztofa Kwiatkowskiego oraz do Rzecznika Praw Dziecka Marka Michalaka.
Zdaniem przeciwników pozaustrojowych metod zapłodnienia człowieka, kliniki, zatrudniając do tych celów weterynaryjnych embriologów, nagminnie łamią prawo wynikające z ustawy o wykonywaniu zawodu lekarza i dentysty oraz inne przepisy. Weterynarze są bowiem osobami, które nie mają uprawnienia do zajmowania się „leczeniem ludzi”. Zdaniem prezesa Stowarzyszenia, Jacka Kotuli, „ludzie, którzy decydują się na zapłodnienie metodą in vitro traktowani są jak zwierzęta”.
W Polsce dyskusja nad prawnym uregulowaniem kwestii in vitro trwa już od dawna, bez zasadniczego rozstrzygnięcia. Zdaniem komentatorów, rząd woli grać w tej sprawie na zwłokę. Przed wyborami rozstrzygnięcie permisywne lub restrykcyjne mogłoby odebrać przedstawicielom partii rządzącej głosy lewicowego bądź prawicowego elektoratu.
|